Mirku, wyobraźmy sobie sytuację nieco abstrakcyjną.
Zostajesz Naczelnym Śpiewakiem Ciechocinka na jeden dzień.
Twoje zadanie: ułożyć playlistę „THE BEST OF CIECHOCINEK”.
Co tam wrzucasz?
Mirosław Niewiadomski: Wybór jest dla mnie oczywisty – wracam do tego, od czego sam tutaj wystartowałem. Moim zdaniem duch tego miasta to spotkanie z operą, operetką i musicalem.
Na mojej liście obowiązkowo znalazłyby się więc: Graj cyganie, Wielka sława to żart, Twoim jest sercem me, czy choćby aria Cavaradossiego E lucevan le stelle z opery Tosca, którą śpiewałem tu wiele lat.
Nie mogłoby zabraknąć duetów: Usta milczą, dusza śpiewa oraz Co się dzieje, oszaleję.
Dołożyłbym do tego musicale, na przykład Belle z „Dzwonnika z Notre Dame” czy Alleluja, które z orkiestrą brzmiało w Muszli przepięknie. No i oczywiście piosenki, w których łączę klasykę z rozrywką.
Ciechocinek kocha Elvisa Presleya! Can't Help Falling in Love czy Blue Suede Shoes zawsze rozgrzewają publiczność do czerwoności.
Cofnijmy się w czasie.
Pamiętasz swój absolutnie pierwszy występ w Ciechocinku?
To była trema czy zachwyt?
Mirosław Niewiadomski: Bardzo dobrze to pamiętam. To był rok 2010. Po raz pierwszy zostałem zaproszony na festiwal Operowo‑Operetkowy przez pana dyrektora Kazimierza Kowalskiego.
Zaśpiewałem wtedy wspomnianą arię z Tosci, Graj cyganie i... piosenkę Elvisa Presleya Blue Suede Shoes, którą dyrektor bardzo polubił w moim wykonaniu.
Trema oczywiście była, ale towarzyszył jej wielki zachwyt. Sama możliwość pracy z dyrektorem – który później stał się moim profesorem i przy którym rozwijałem swój talent – była dla mnie czymś niezwykłym. Ten stres był więc od początku bardzo mobilizujący.
Ciechocinek zmienia się, ale ma swoje stałe punkty.
Czy masz tu swoje ulubione miejsca, w których „ładujesz baterie” między próbami a koncertem?
Mirosław Niewiadomski: Czasem zdarza się dzień wolny, albo mam do dyspozycji poranek i popołudnie, bo koncert gramy dopiero wieczorami.
Wtedy najczęściej można mnie spotkać w pobliskich kawiarenkach Teatru Letniego.
Wpadam tam na pyszną kawkę z ciasteczkiem. Może to być makowiec, który bardzo lubię, albo tiramisu – to moje małe słabości (śmiech).
Twoje koncerty to zawsze podróż przez różne gatunki.
Czego możemy się spodziewać tym razem?
Mirosław Niewiadomski: Szykuję moje największe przeboje. To zbiór utworów, które publiczność słucha i kocha od wielu lat. Co ciekawe, repertuar w dużej mierze wybrali sami widzowie za pośrednictwem mediów społecznościowych.
Tak powstała ta lista piosenek, pieśni i arii. Będzie Elvis Presley, Frank Sinatra, Tom Jones, Andrea Bocelli, ale przemycę też nieco operetki. Będzie można pośpiewać, pobawić się, poklaskać.
Zrobię wszystko, żeby publiczność była zadowolona, bo uwielbiam interakcję z widownią – to mnie najbardziej napędza.
Towarzyszyć mi będzie oczywiście zespół na żywo, więc zapowiada się naprawdę gorący wieczór.
Scena Teatru Letniego ma swoją specyfikę.
Czy czujesz różnicę, śpiewając dla kuracjuszy tutaj, w porównaniu do innych sal w Polsce?
Mirosław Niewiadomski: Śpiewam niemal codziennie w różnych salach i myślę, że każde miejsce ma swoją specyfikę. Nie ma jednej recepty – czasem te same utwory wywołują inne reakcje w różnych miastach.
Uważam jednak, że muzyka jest na tyle piękna, że każdy znajdzie w niej coś dla siebie. Ciechocinek traktuję jednak bardzo rodzinnie. Tu zacząłem karierę solistyczną i wracam tu każdego roku.
Bardzo lubię tutejszych kuracjuszy, bo... oni zjeżdżają się z całej Polski! To fascynujące, że w jednym miejscu, na jednej widowni, spotyka się tak wiele różnych osobowości z różnych regionów. Kiedy ta różnorodna masa ludzi reaguje tak samo, czuję, jak muzyka scala ich w jedno. To przepiękne uczucie.
Jesteś znany ze świetnego kontaktu z publicznością.
Czy masz cierpliwość do selfie?
Mirosław Niewiadomski: (uśmiech) Pytasz, czy są napastliwe? Niektóre są, ale nazwałbym to „napastliwością wysublimowaną”. To nic niepokojącego. Jest to bardzo miłe i w ogóle mi nie przeszkadza – chyba że ktoś naprawdę przesadzi, ale na szczęście do tej pory nie zdarzyło się nic „tragicznego”.
Rozumiem to – każdy chce symbolicznie dotknąć artysty, być blisko. Trzeba o to dbać. Dlatego po koncercie zawsze jesteśmy dostępni. Jak to mawia nasz przyjaciel: mamy ten „prywatny czas dla swoich fanów” – na podpisy, autografy i wspólne zdjęcia.
Na koniec – krótka piłka z wysokiego C.
Dokończ zdanie: „Ciechocinek bez muzyki byłby jak...”
Mirosław Niewiadomski: O rany, tu trzeba mocnego porównania... Ciechocinek sam w sobie jest muzyką.
Gdy się tu wjeżdża, na każdym metrze słychać inne dźwięki, od klasyki po nuty cygańskie. Ludzie mają potrzebę słuchania jej właśnie tutaj.
Odpowiem więc tak: Ciechocinek bez muzyki to jak człowiek bez tlenu.
Dziękuję za rozmowę!
::event{"type":"landscape", "id":"2508"}
Michał Gajewski